O marudzeniu

Można by czasami pomyśleć, że marudzenie jest naszym sportem narodowym, przynajmniej w przypadku starszych generacji. Zupełnie jakby wyrażenie zadowolenia, czy radości by ją nam zniszczyło. Obawiam się, że mocno to wpłynęło na moje pokolenie. Wychowywałam się w przekonaniu, że mówienie o czymś pozytywnie jest prawie śmieszne, a wytykanie braków i bolączek jest prawie obowiązkowe. Nic dziwnego, że zaczęliśmy uderzać w drugą stronę i może trochę nawet zachłysnęliśmy się pozytywnością. Teraz mówienie o tym co przykre stało się nieakceptowalne, bo mogło tylko więcej złego przyciągnąć. A tu się okazuje, że marudzenie jest dobre. Tylko w małych dawkach. Danie upustu naszym negatywnym emocjom, najlepiej z bliską osobą, przynosi ulgę i nawet zacieśnia nasz związek (kluczem jednak jest szczerość).

Sama dobrze wiem ile dla mnie znaczyły sesje “konstruktywnego” marudzenia z innymi matkami, w bardzo trudnym dla mnie okresie wczesnego macierzyństwa. Dawało nam to przede wszystkim zrozumienie, że nie jesteśmy złymi matkami, ani osamotnione w naszych trudach, ale także upust negatywnym emocjom, co pozwalało na odzyskanie równowagi psychicznej.

Narzekanie może nam pomóc w zacieśnianiu więzi i przetwarzaniu stresu i napięcia, według artykuły w The New York Times z 2020r.

https://www.nytimes.com/2020/01/06/smarter-living/how-to-complain-.html

Dla mnie marudzenie jest szczególnie trudne do zniesienia…bo kiedyś byłam niemiłosiernie marudna. Pamiętam zajęcia z WFu, kiedy biegałyśmy z nauczycielką po pięknym lesie, w naprawdę piękny, słoneczny dzień. Problem był w tym, że ja byłam przekonana, że nie lubię biegać i że męczę się ponad siły. Marudziłam, stękałam, jęczałam. W końcu moja anielsko cierpliwa nauczycielka delikatnie zapytała, czy nie uważam, że mogłabym mieć więcej przyjemności z naszego biegu, gdybym skupiła się na tym co jest w nim fajnego. Zatkało mnie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy coś tak radykalnego (miałam wtedy zaledwie jedenaście lat). Niestety, ta lekcja musiała długo poczekać, aż byłam gotowa ją zastosować, na co miały wpływ głównie warunki środowiskowe i nie robię sobie z tego powodu specjalnych wyrzutów. W końcu jednak myślę, że osiągnęłam stan, w którym potrafię marudzić konstruktywnie i zdawkowo, a na co dzień cieszyć się tym co jest, bez względu na trudności, które w końcu dodają życiu smaku, a nam siły.

Previous
Previous

Lipiec

Next
Next

O letnich spacerach